Nie potrafiłem odróżnić doceniania od chwalenia się. Wiecie, ile lat trzeba się leczyć z dziwnych schematów, które powstają w naszej głowie jeszcze w dzieciństwie? To trudny proces, ale warto go przejść.

Jeśli miałem się czymś chwalić, to tylko piątkami na świadectwie. Rodzice czasem mnie chwalili – zwłaszcza mama, ale nie wypadało się chwalić samemu. Zwłaszcza w obecności osób, które nie wchodzą w skład najbliższej rodziny. W gronie najbliższych każdy się chwalił, jak chciał i wspieraliśmy się wzajemnie lub bezlitośnie wyśmiewaliśmy. Była przy tym masa śmiechu i bardzo dobrze to wspominam. Ale kiedy spotykaliśmy się w gronie dalszych znajomych, to nie mówiło się o swoich osiągnięciach. Kiedy ktoś Cię chwalił, to wypadało podnieść rękawiczkę i powiedzieć – „eeeeee tam normalny”.

Kiedy poszedłem do szkoły, to bałem się podnieść rękę, bo nie byłem pewny czy mam rację. Wolałem nie ryzykować. To też wynikało z mojej introwertycznej natury (o introwertyzmie napisałem tutaj), ale kiedy koledzy zgłaszali się do odpowiedzi, a nie udzielali jej poprawnie, to wydawało mi się, że są w jakimś sensie nieskromni. Raczej nie mam poczucia niewykorzystanych szans z tego tytułu i nie rozważam, „co by było, gdyby”, bo jestem moim rodzicom bardzo wdzięczny, że nie wychowali mnie na rozpieszczonego banana.

Demonstrowanie umiejętności zamiast chwalenia się

Gimnazjum i szkoła średnia trochę mnie otworzyły. W dalszym ciągu nie potrafiłem się chwalić i uważałem to za coś złego, ale byłem już trochę odważniejszy. Wszystko za sprawą gitary. Mój brat lubił grać na kompie, więc tato kupił mu gitarę, żeby zainteresować go czymś innym. Wiecie – w tamtych czasach jeszcze nie było e-sportów i komputer nie kojarzył się z pracą, ale z zabawą i stratą czasu. Brat nie zainteresował się gitarą, a ja „wskoczyłem w pudło gitary i rozłożyłem się obozem” jak śpiewa Krzysztof Myszkowski.

chwalić

Odkryłem, że gitara bardzo imponuje moim znajomym. Nic dziwnego, bo opanowałem ten instrument w ciągu 3 miesięcy do tego stopnia, że grałem motyw z Desperado, Nothing else matters i inne popularne kawałki. A miałem lat 12. Szybko zaraziłem instrumentem kolegów i na balu gimnazjalnym grałem miażdzące solówki do Wehikułu Czasu i Johnny B. Goode. Dla dzieciaka, który zawsze wolał trzymać się z tyłu, sytuacja, w której cała szkoła patrzy, jak ten wymiata na elektryku, budziła tyle emocji w środku, że nie wiedziałem jak się zachować. Więc grałem dalej.

To dodało mi porządnego kopa, jeśli chodzi o pewność siebie. Od tamtej pory nie rozstawałem się z instrumentami. Grałem w różnych zespołach i do dziś muzykuję.

To był okres, w którym swoją potrzebę docenienia zaspokajałem przez demonstrowanie umiejętności. Inni ludzie byli dla mnie soczewką własnej samooceny.

Tak było jeszcze przez kilka lat. Na studiach sytuacja zaczęła się zmieniać. Coraz mniej potrzebowałem silnych „głasków” z zewnątrz i coraz bardziej uświadamiałem sobie, jak ważne są dla mnie „auto głaski”, czyli dostrzeganie wartości w tym, co robię. Bardzo pomogła mi w tym praca.

Bądź swoim własnym specjalistą do spraw marketingu

W marketingu chodzi o komunikowanie odbiorcom konkretnej wartości płynącej z produktu. W bardzo dużym uproszczeniu można to porównać do chwalenia się. Uczyłem się jak wyróżniać firmy i produkty moich klientów, a także firmę, w której pracowałem. W końcu okazało się, że powinienem także zadbać o siebie – o swoją markę osobistą. Powinienem umieć się sprzedać, żeby chcieli mnie kupić moi klienci. Podszedłem do tego bardzo profesjonalnie. Tak jakbym był swoim własnym klientem. Pokonałem w ten sposób, to z czym wielu ludzi wchodzących na rynek pracy ma duży problem:

Wiara we własne kompetencje – doceniać się, nie chwalić

Zacząłem rozumieć jak wielką wartość mają moje umiejętności. Że potrafię tworzyć rzeczy, za które ludzie chcą mi płacić. Już przestałem przeglądać się w oczach innych ludzi, szukając odpowiedzi na pytanie „kim jestem”. Dziś wiem, że jestem twórcą. Nie ważne czy robię kampanię reklamową, czy szkolę kolejnych specjalistów, czy gram na ukulele – jestem twórcą.

Te wszystkie doświadczenia miały na mnie ogromny wpływ i ukształtowały mnie na tyle mocno, że zachowałem swoją tożsamość, a nauczyłem się doceniać, to kim jestem. Nie lubię się chwalić, ale umiem doceniać, to kim jestem. I powiem wam jeszcze jedną, bardzo ważną rzecz. Pierwszym krokiem do doceniania innych – jest umiejętność doceniania siebie. To dlatego wiele związków się rozpada:

„on/ona mnie nie docenia, więc poszukam kogoś, kto zacznie”. Nie ma żartów. Na koniec proponuję  utwór Eda Sheerana, w którym śpiewa on właśnie o pokochaniu siebie samego:

So before I save someone else, I’ve got to save myself

And before I blame someone else, I’ve got to save myself

And before I love someone else, I’ve got to love myself – I zanim kogoś pokocham, muszę pokochać siebie.

A tutaj możecie posłuchać tej piosenki:

Podobało Ci się?

Zobacz inne teksty, które mogą Cię zainteresować:

Ziemia, tu introwertyk. Odbiór – MUST READpraca kreatywna

Sposób na życie – Alivestyle – poznaj mój sposób na życie

9 cech osób szczególnie kreatywnych

Zobacz także: